HeavyRock!

Rock w sercu, metal we krwi

Vogg (Decapitated): „Nagraliśmy właśnie najlepsze utwory w naszym dorobku” – wywiad

8 Lipiec, 2014

30. czerwca, w przeddzień oczekiwanego przez polskich fanów metalu koncertu Gojiry wraz zespołami Spirit oraz Decapitated rozmawialiśmy z Voggiem, mózgiem ostatniej z wymienionych kapel. W ponad 40-minutowej rozmowie poruszyliśmy tyle tematów, że aż ciężko je streścić w jednym zdaniu. Udało nam się pogadać o nowej płycie, polskim death metalu, Ibanezach, ojcostwie czy tatuażach. Pozostaje nam jedynie zaprosić do lektury!

Vogg

HeavyRock: Dzisiaj mamy poniedziałek, jutro oczywiście jest wtorek, czyli gracie koncert z Gojirą. Kiedy znalazłem tę informację w internecie i moim znajomym metalom przekazywałem tego newsa, wszyscy byli zdumieni i z entuzjazmem rzucali mocno niecenzuralnymi wyrazami.

Wacław „Vogg” Kiełtyka:

Aaa… czyli odbiór pozytywny. No to super!

Tak, jak najbardziej! I jest to właśnie takie wydarzenie, które jest na pewno czymś ważnym dla polskich fanów metalu. Chciałbym się Ciebie spytać, czy masz jakieś inne odczucia albo inną tremę przed wyjściem na scenę na takim koncercie jak jutrzejszy?

Cóż, jest to na pewno zajebiście ważny koncert, jak każdy inny, niezależnie od tego czy gramy w małej knajpie czy na dużym festiwalu. Każdy z nich traktujemy tak samo i z takim samym szacunkiem do tego podchodzimy. Właśnie w tym momencie się rozkładamy i robimy jeszcze ostatnią próbę przed jutrzejszym występem.

Wiesz, jest to na pewno święto dla polskiego metalu i nie tylko zresztą dla polskiego – zespół Gojira jest ostatnio bardzo szanowany za swoją działalność i twórczość i jest to na pewno dla nas jakieś wyróżnienie i ciekawa zajawka. Polscy fani metalu powinni być zadowoleni z tego, że właśnie polskie zespoły zagrają przed Gojirą w Warszawie. Szykuje się zajebisty koncert, przygotowujemy kilka specjalnych utworów właśnie na tę okazję i właśnie teraz układamy seta.

Zagracie coś nowego?

Nie, jeszcze nie. Zastanawialiśmy się nad tym żeby urozmaicić seta czymś nowym, ale nie chcemy zbyt wcześnie wypalić ze świeżymi kawałkami. Musimy się jeszcze do nich przygotować logistycznie i scenicznie. Nie chcielibyśmy popełnić jakiegoś falstartu, nie chcemy żeby nowe numery zabrzmiały gorzej. Z nowymi kawałkami ruszamy od jesieni – będzie trasa w Polsce pod koniec listopada i zaczniemy wtedy ruszać z tematem. Na razie jedziemy starsze kawałki.

Skoro już pociągnąłem temat nowych utworów to muszę Cię wypytać o nadchodzący album. „Carnival Is Forever” kojarzył mi się z takim nowoczesnym podejściem do tematu death metalu, był to powrót w fajnej, energicznej formie. Jednak zastanawia mnie czy ta płyta nie była jednorazowym wyskokiem i czy kontynuujecie ten styl na swoim najnowszym krążku, krótko mówiąc: czy karnawał trwa wiecznie?

Hmm… Wiesz, na pewno inaczej podeszliśmy do temp. „Carnival…” był płytą bardzo dynamiczną i w sumie zajebiście szybką płytą. Często grając te numery na koncertach specjalnie je zwalniamy żeby miały więcej groove’u i żeby wszystko było lepiej słychać. Minęło już trochę czasu od tamtej płyty, sporo się nauczyliśmy i nabraliśmy doświadczenia i to przesądziło o tym, że nowa płyta będzie na pewno dojrzalsza niż „Carnival…”.

Tamten album był powrotem do szaleńczych początków, wszystko jest na nim profesjonalnie zrobione, jest to fajna płyta, ale… wiem, że tak się zawsze mówi, ale poprzeczka tym razem jest naprawdę podniesiona wyżej właściwie pod każdym względem. Jest lepsze brzmienie, tempa, kompozycje i jest to bardzo przekrojowy materiał, znajduje się tam wiele gatunków – od death metalu, poprzez grindcore czy nawet punk rock, lekki black, thrash, czasami zdarzy się powrót do starego Decapa. W kilku kawałkach nawiązujemy do „Organic Halucinosis” czyli do klasycznego death metalu, ale sporo jest tutaj momentów, które ja nazywam „płynięciem”, takim typowo transowym graniem.

Każdy numer pochodzi właściwie z innej bajki, cały materiał jest spójny i każdy kawałek logicznie następuje po poprzednim. To samo tyczy się produkcji – po 9. latach wróciliśmy do Hertz Studio i naprawdę pomęczyliśmy się z chłopakami przez 3 miesiące aż wycisnęliśmy takie brzmienie, jakie chcieliśmy. Efekt jest naprawdę zajebisty.

Właśnie, wspominałeś już, że bracia [Wiesławscy – przyp. red.] starzeją się jak wino i naprawdę dali radę…

Tak, to prawda. Na brzmienie zespołu miało wpływ doświadczenie chłopaków i nasza wspólna praca i jest to po prostu cios. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tej płyty. Jeśli chodzi o „Carnival…” to nie podobało mi się kilka rzeczy. Tym razem zabraliśmy się do tego z takim dość profesorskim podejściem.

decapitated

Wiem, że niechętnie zdradzasz szczegóły na temat nowego albumu, ale jesteś w stanie powiedzieć czy autorem tekstów ponownie jest Jarek Szubrycht?

Tak, to mogę zdradzić. Jarek nie był tym razem autorem tekstów, teraz odpowiadał za to Rasta. Był to jego debiut jako tekściarza u nas. Rasta dojrzał na tyle, żeby napisać fajne teksty i odwalił kawał dobrej roboty. Nie będę teraz się o nich wypowiadał, bo jest to dość szeroki temat, a ja muszę się w nie bardziej wgłębić, żeby móc o nich więcej powiedzieć. Generalnie płyta będzie się nazywała „Blood Mantra” i kontynuuje ona tematy, w jakich Decap porusza się od lat czyli życie, człowiek czy zdarzenia, które są dla nas nie do końca fajne.

Chciałbym na chwilę pozostać przy Szubrychcie skoro już zacząłem temat. W jego najnowszej publikacji „Vader – Wojna Totalna” zostałeś opisany jako utalentowany gitarzysta, który ma jednak nieco inny styl niż goście z Vadera. Twoje granie zostało określone mianem amerykańskiego i dość powykręcanego, co naturalnie nie było tam zarzutem, ale co mogło się składać na taką opinię na temat Twojego stylu? Słuchałeś innej muzyki niż większość kolegów metalowców?

Wiesz co… szczerze mówiąc nie wiem, co autor miał na myśli (śmiech).

To była akurat wypowiedź Petera z Vadera (śmiech).

Mogło chodzić o to, że może nieco bardziej ruszam wyobraźnią muzyczną, może jestem trochę szerzej wykształcony muzycznie niż pozostali członkowie Vadera. Może też mój styl jest bardziej odważny… W zasadzie jeśli chodzi o solówki to grając w Vaderze wykonywałem w 50% rzeczy, które należało zagrać i które brzmiały charakterystycznie, a później sobie pozwalałem na jakąś improwizację. Zdarzało się, że na każdym kolejnym koncercie grałem inne rzeczy. Generalnie mój styl może być brawurowy i szaleńczy, ale jednak w ramach jakiegoś szablonu, który należy zachować. Jeśli jednak nie był to zarzut… to dobrze (śmiech).

Z pewnością nie był (śmiech). Wiesz, jak właśnie przeczytałem o amerykańskim stylu to od razu przyszła mi do głowy Pantera… zdarza Ci się występować w koszulkach z jej logiem, czasem grasz na Deanach, znaku rozpoznawczym Dimebaga…

Wiesz, ja faktycznie jestem po tej, tak zwanej, innej szkole grania. U mnie zawsze było znacznie więcej thrash metalu, Pantery, Testamentu, takiego gitarowego grania. Potem zacząłem słuchać death metalu, zresztą do dziś jestem maniakiem death metalu, ale na przykład ominęły mnie takie zespoły jak Bathory, ogólnie death metal czy Judas Priest. I patrząc pod tym kątem faktycznie bardziej skupiłem się na amerykańskim niż europejskim graniu. Także ujmę to w ten sposób – nigdy nie chodziłem w pasach z nabojami i w łańcuchach, tylko właśnie w Vansach i spodenkach. Pewnie o to chodziło Peterowi (śmiech).

(śmiech). Możliwe! Chciałem jeszcze pociągnąć temat Dimebaga, ponieważ taka bezgraniczna miłość do Pantery i kult jakim otoczony jest ona i jej gitarzysta to wciąż temat szalenie aktualny. Jak mógłbyś odnieść siebie do tematu Pantery? Wywarła na Ciebie aż tak wielki wpływ?

To zawsze był dla mnie, razem z Morbid Angel, ulubiony zespół, na którym wzorowałem swoje brzmienie. Naturalnie było wiele innych kapel, które służyły mi za wzór, ale to właśnie Dimebag miał ten styl, który właściwie pokazywał wszystkim, jak grać na gitarze. On to robił moim zdaniem najlepiej. Brzmienie zwyczajnie przecinało powietrze, miał taki drive i feeling wyczuwalny w każdym dźwięku, że nie dało się stać obok tego soundu i nie chociaż nie spróbować tego powtórzyć.

W ogóle osobowość Dimebaga, jego styl życia, to jakim był człowiekiem, jak się zachowywał na scenie czy poza sceną – bardzo łatwo było się tym zarazić. Zresztą nikt nie grał wcześniej takich solówek jak Dimebag, nikt nie miał takiego wyczucia instrumentu w tak ciężkiej muzyce… Jest mnóstwo dobrych gitarzystów, ale on był jedyny w swoim rodzaju. Dlatego Dimebag dzisiaj jest jak Jim Morrison, Elvis, to jest ikona muzyki metalowej i dlatego jego temat będzie wciąż aktualny. To nie jest tak, że on kiedyś zniknie z mapy muzyki metalowej, jego twórczość jest ponadczasowa i ludzie będą tego ciągle słuchać. On napisał tyle hitów, stworzył swój własny styl, przyczyniał się do tworzenia sprzętu muzycznego i dlatego jest postacią kultową.

Na jakiej gitarze w tym momencie grasz? Wiem, że do nagrywania ścieżek na „Organic Halucinosis” i „Carnival Is Forever” używałeś siedmiostrunowego wiosła, a jak to wygląda teraz?

Zgadza się, używałem siódemek na tych albumach, ale tylko w dwóch utworach z każdej płyty. Poza tymi kawałkami zawsze grałem na sześciostrunowych gitarach na płytach, które wymieniłeś. To były gitary firm Ran i Washburn.

Teraz mam nowy deal z firmą Ibanez i mogę się przy okazji pochwalić, że jestem jedynym polskim gitarzystą, który ma deal z amerykańskim custom shopem. Jest to tak naprawdę manufaktura, w której pracują 3 osoby i robią gitary dla Steve’a Vai’a, Korna, Meshuggah, krótko mówiąc – dla największych. To są instrumenty najwyższej jakości, których nie można kupić w sklepie, a robi się je na zamówienie i to oni właśnie zrobili dla mnie dwa modele, sześcio- i siedmiostrunowy Iceman i przyjąłem tę ofertę bo była najbardziej korzystna. W tym momencie więc gram na gitarach firmy Ibanez.

Na pewno jest to fajne osiągnięcie, mogę tylko pogratulować! Nawiązując jeszcze na chwilę do biografii Vadera – czytałeś tę książkę?

Nie, jeszcze nie.

Ale zamierzasz?

No jasne! Już wiem, że Jarek odłożył dla mnie jeden egzemplarz, tylko musimy się jeszcze umówić. Na pewno przeczytam, lektura obowiązkowa dla mnie.

Zgadzam się, książka jest bardzo dobra i godna polecenia. Pozwól, że odniosę się teraz do tematu metali jako takich i ich wzajemnego szacunku do siebie. Jest to, jak powszechnie wiadomo, grupa ludzi, którzy traktują się bardzo równo i uczciwie, pożyczają sobie gitary, blachy, bębny czy nawet muzyków na trasę. Czy mimo to nie wkrada Ci się coś w rodzaju takiego lekkiego ukłucia, kiedy na przykład zespół, który znasz wybija się bardziej? Osiągnęliście ogromny sukces za granicą, ale czy nie masz, dajmy na to, problemów z tym, że to Behemoth jest główną gwiazdą Waszej wspólnej trasy po Wielkiej Brytanii pod koniec tego roku?

No co Ty! Gdybym normalnie musiał odpowiedzieć na takie pytanie to bym odpowiedział, że musiałbym być pojebany żeby tak czuć (śmiech). Wiesz, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie miał więcej ludzi na koncertach i nie można się z tym czuć gorzej. Na pewno każdy człowiek ma w sobie zaszczepionego takiego ducha rywalizacji i to jest pozytywne, napędza do działania. Nie można jednak komuś tak ekstremalnie zazdrościć.

Wiesz, Behemoth zasłużył na to, co ma przez lata ciężkiej pracy i przez to, że wszystko robili we właściwy sposób i zapracowali sobie zasłużenie na sukces. My powstaliśmy później i mieliśmy jednak spore przerwy – ze względu na studia czy chociażby wypadek, po którym ja zmieniłem skład. Dotknęły nas różne losowe perypetie i nie możemy się porównywać z Behemothem chociażby dlatego, że jesteśmy kilka lat wstecz. To, co oni robili 7 czy 8 lat temu my robimy dopiero teraz. Pewnych rzeczy nie przeskoczysz, musi minąć sporo czasu, trzeba nabrać doświadczenia, a my pracujemy na swój sukces.

Każdy ma swój ogródek – my sobie robimy swoje, idzie nam naprawdę dobrze, mamy zajebisty skład i zajebistą nową płytę, przez ostatnie 2-3 lata graliśmy kilka bardzo dobrych tras i wszystko tak naprawdę idzie w dobrą stronę. Ja mogę na Behemotha patrzeć tylko pod kątem jakiegoś wzoru, podpatrzeć jak oni coś robią i podchodzą do pewnych tematów. Oczywiście każdy powinien grać po swojemu i mieć swój własny pomysł na zespół. Z pewnością nie można myśleć, że jeśli zaczniesz naśladować Behemotha to osiągniesz taki sukces, jak oni. Znam kilka takich zespołów i one same siebie zapędzają w kozi róg. My mamy swój sposób, Decap sobie dobrze radzi, pielęgnujemy to, co mamy i dobrze nam się wszystko układa. Może dzięki temu też kiedyś będziemy się mogli poszczycić takim sukcesem, jakim Behemoth cieszy się w tym momencie.

A czy rzeczywiście jest tak, że polscy wykonawcy death metalowi są bardziej znani za granicą niż w swoim własnym kraju?

To zależy. „Za granicą” to dość szerokie pojęcie. Każdy zespół ma swój target – jak gramy koncert w Wielkiej Brytanii to przychodzi na niego więcej osób niż na przykład w Hiszpanii. Bywa to różnie. Mimo to wydaje mi się, że zespół Decapitated jest dość znaną marką w Polsce, większość metalowców w naszym kraju powie, że zna ten zespół. Pewnie chodziło Ci o skalę, w jakiej ludzie przychodzą na koncerty?

Tak, między innymi to miałem na myśli.

Cóż, najlepszym rynkiem dla nas są Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. Tam na koncerty przychodzi najwięcej ludzi. W Polsce pracujemy na to coś. Od razu powiem, że na listopad szykujemy trasę z 3. fajnymi polskimi kapelami i zobaczymy – mam nadzieję, że ludzie się pojawią i że to będzie fajnie zorganizowana trasa, a ludzie spędzą dobrze czas. Będziemy grali nowe numery, w planach mamy sety trwające po półtorej godziny i zobaczymy – wszystko idzie w dobrą stronę.

Pytam o to dlatego, że często słyszy się o jakichś kontrowersjach czy problemach, z którymi spotykają się nasze rodzime zespoły ze względu na swój wizerunek czy charakter wykonywanej muzyki. Nie odnosisz takiego wrażenia, że nasz naród jest łatwiej zaszokować na każdej właściwie płaszczyźnie? Te czasy już minęły czy wciąż taka tendencja trwa?

Pewnie, tutaj akurat trzeba sobie to powiedzieć prosto i szczerze – Polska jest krajem dość zacofanym czy czasem absurdalnym. To dzieje właśnie na polu religijnym czy politycznym, a niestety, jak się mówi jesteśmy sto lat za Murzynami (śmiech). Mamy dziwną mentalność, sporo nienawiści w sobie, mało otwartości czy tolerancji. Zachowujemy się czasem jak małe dzieci – zamiast sobie spokojnie żyć i pozwalać innym na robienie tego, co chcą o ile nie robią nikomu krzywdy to robimy z tego problem.

Jeszcze sporo czasu upłynie zanim każdy będzie mógł robić to co chce, ubierać się tak jak chce czy pokazywać na scenie to, na co ma ochotę. Jak w końcu zacznie w tym kraju rządzić jakiś umysł, mądrość i inteligencja a nie głupota, zacietrzewienie, zakompleksienie czy fanatyzm religijny to będzie dobrze. Żeby to jednak osiągnąć musi minąć jeszcze kilkanaście, kilkadziesiąt lat. Myślę, że osoby takie, jak Nergal, Jarek Szubrycht czy Lipa z Illusion to są pierwsi bohaterowie zmian, które w tym kraju kiedyś w końcu nastąpią.

Też mam taką nadzieję. To, co mówiłeś nasuwa mi jedno pytanie. Mówisz często o rynku amerykańskim, o gitarach stamtąd, o zakorzenionych tam inspiracjach i zadaję sobie pytanie o to, czy nie zastanawiałeś się nad przeprowadzką do Stanów.

Nie… nie jestem tym typem człowieka, który zobaczył L.A. i zakochał się w tym świecie. Nie mógłbym mieszkać w Stanach. Byłem tam co prawda wiele razy, zagraliśmy tam mnóstwo koncertów, jest to piękny kraj, ale jednak nie miejsce, w którym chciałbym mieszkać. Jestem mimo wszystko jakoś emocjonalnie związany z Polską. Źle bym się czuł gdybym musiał się stąd wyprowadzić. Jeśli już to ewentualnie do Francji albo do Hiszpanii… ale na pewno nie do Stanów.

Wracając jeszcze do grania jako takiego… Wspominałeś w Antyradiu, że planujecie powrót do akcji Wake The Fuck Up. Zdradzisz jakieś szczegóły?

Na razie nie mamy żadnych konkretnych planów co do tego, ale myślę, że prędzej czy później to na pewno nastąpi. Myśleliśmy nad tym, żeby zagrać jeden koncert albo nawet stworzyć jakiś cover band. Niemniej zrobimy to albo na krakowskiej albo też ogólnopolskiej scenie. Zbierzemy pewnie kapelę i ruszymy w trasę. Na razie nic na ten temat nie wiadomo, ale myślę, że uda się to zrobić.

Vogg_01

Dajmy na chwilę odpocząć Tobie i Decapom i przejdźmy do bieżących wydarzeń muzycznych. Ostatnio Bruce Dickinson zapoczątkował coś w rodzaju niefajnego sporu, powiedział mianowicie, że wykonywanie muzyki punkowej nie wymaga żadnych specjalnych umiejętności. Oburzyli się na to goście z Dead Kennedys. Jak Ty zapatrujesz się na taką sytuację z punktu widzenia metalowca z krwi i kości?

Powiem jedno – każdą muzykę, czy to jest punk rock, czy heavy metal, czy nawet disco polo, można wykonać dobrze albo tak sobie. Można oczywiście powiedzieć, że do grania punk rocka niepotrzebne są szczególne umiejętności, ale to samo można również powiedzieć o Iron Maiden.

Z punktu widzenia laureata konkursu szopenowskiego Iron Maiden gra prostacką muzykę. Dziwi mnie szczerze mówiąc taka wypowiedź Bruce’a Dickinsona, który jest już od kilkudziesięciu lat na scenie, powinien takie rzeczy rozumieć. Nie wiem o co mu dokładnie chodziło, ale dla mnie możesz grać cokolwiek – punk rocka, heavy metal, Iron Maiden czy disco polo i zrobić to na naprawdę wysokim poziomie. Żeby dobrze zagrać jakikolwiek rodzaj muzyki trzeba poświęcić mnóstwo czasu i spędzić wiele godzin na koncertowaniu. Także nie zgodzę się tutaj z kolegą Brucem (śmiech).

(śmiech) A jest jakiś gatunek muzyczny, którego tak po prostu nie lubisz, nie trawisz?

Hmm… chyba nie… Chociaż takiego słabego popu nie trawię (śmiech). Ostatnio na stacji benzynowej ktoś mi dołączył do kawy taką składankę z hitami lata i wyrzuciłem ją przez okno po piątym numerze bo nie dałem rady. Lubię pop, ale dobry pop. Generalnie to, co jest dobre biorę od razu. Nie mam jakiegoś stylu, którego bym z góry nie lubił. Jeśli coś jest dobre i na mnie działa to nie obchodzą mnie gatunki muzyczne.

Co do muzyki jako takiej jest jeszcze jedna kwestia, która mnie ciekawi, mianowicie wielka Metallica. Jesteś doświadczonym muzykiem, który działa od dawna na scenie i szczerze mówiąc od dłuższego czasu czekałem na okazję żeby kogoś takiego jak Ty wypytać o Metallikę. Wiadomo, każdy od tego zespołu zaczynał słuchanie metalu, później schodziło się do głębszych czeluści piekieł, ale chciałbym poznać Twoje zdanie na temat Metalliki bez ogródek i sentymentów. Czy szanujesz ich w tym momencie patrząc na to, jak grają teraz? Czy uważasz, że nagranie Black Albumu, występy na dużych, komercyjnych festiwalach i takie ugrzecznienie metalu było dobrym posunięciem?

Powiem tak – ja nie mam właściwie żadnego zarzutu odnośnie tego zespołu. Jest to grupa działająca od wielu lat na scenie i która zrobiła tyle dla tej muzyki, że nie podlega to większej dyskusji. Czy to ważne gdzie się występuje? Ważne, że na scenę wchodzi Metallica i gra. Dla mnie równie dobrze mogą zagrać na Stationie Narodowym, Off Festival czy nawet na Openerze. Ważne jest to, żeby granie podobało się ludziom, niezależnie od miejsca, w którym się gra.

Słyszę na przykład takie zarzuty, że Nergal albo Titus byli w telewizji, gdzie oceniali innych muzyków. Nie wiem dlaczego ludzie widzą w takich posunięciach negatywne strony. To jest ich praca, a zawód muzyka wiąże się z występowaniem na scenie. Ktoś taki może iść do telewizji i zarabiać tym samym na życie, ale też w tej samej chwil przyczyniać się do tego, że metal staje się bardziej rozpoznawalny w Polsce i zdobyć szacunek widowni, która z taką muzyką nigdy nie miała żadnej styczności. Jeżeli tak się dzieje, to jest naprawdę zajebiście, także nie rozumiem narzekań na temat występów metalowców w telewizji.

A wracając do Metalliki – sam nie wiem. Oni mają już tyle lat, to są panowie po 50-siątce. Oni nie będą już nigdy grali tak jak na „Master Of Puppets” albo „Kill ‚Em All”, a i tak szacun dla nich za to, że wciąż nagrywają płyty i że chce im się to robić, to jest ich życie. Gdybym dożył 50. lub 60. lat to naprawdę chciałbym wyglądać i grać tak jak oni. Reprezentują cały czas wysoki poziom sceniczny. Można się co prawda przyczepić do gry Larsa, ale tu nie chodzi o wytykanie błędów. Goście wychodzą na scenę, wykonują zajebiście swoją robotę i wydaje mi się, że wszystko się zgadza (śmiech).

Chciałbym w tym momencie wrócić na chwilę do Ciebie. Masz długie włosy, tatuaże, charakterystyczną brodę. O ile włosy są w tym przypadku dość oczywistym wyborem to nurtują mnie właśnie tatuaże. Skąd się one wzięły i co przedstawiają?

Tatuaże? No cóż, super wyglądają! Zawsze chciałem je mieć. W końcu postanowiłem, że sobie wytatuuję kilka rzeczy. Mam Dimebaga, wiadomo dlaczego, mój guru. Mam Witka, mojego brata, który już niestety nie żyje. Witek był moim bratem i najlepszym przyjacielem, dlatego stwierdziłem, że chcę go mieć na ręce i widzieć codziennie. Mam jeszcze taki symbol równowagi, którego użyliśmy we wkładce do „Carnival…” i generalnie on mi też trochę przypomina o Witku. Równowaga była ważnym elementem w jego życiu, to było coś, czego on się zawsze trzymał. To był taki schemat, który powodował, że on nikomu nie robił krzywdy, wszyscy go lubili, był po prostu dobrym człowiekiem.

No i mam jeszcze jedną małą dziarkę na nodze, którą sobie zrobiłem po koncercie w Stanach, kiedy byłem w stanie nie do końca trzeźwym (śmiech). To było na jednym afterpartry po koncercie, w jakimś studiu tatuażu… nawet nie wiem co to jest, jakiś pentagram czy coś… (śmiech).

Ale za to masz fajną pamiątkę!

Noo… właściwie jest to pamiątka! Wiesz, zamierzam zrobić sobie więcej tatuaży bo mi brakuje jakiegoś nowego wzoru, ale póki co nie mam czasu i pomysłu… ale niedługo trzeba będzie coś sobie wydziabać, jakoś tak pustawo się robi.

Jak sobie radzisz z godzeniem życia w trasie z życiem rodzinnym? Jesteś od jakiegoś czasu ojcem!

No pewnie, jest trudniej trochę. Dzieciak tęskni, a ojciec tylko wchodzi i wychodzi z domu, ciągle z walizką i gitarą. Nie ukrywam, że jest to uciążliwe, ale mam kobietę, która to rozumie, zresztą ja jeździłem w trasę odkąd pamiętam, odkąd skończyłem 16 lat. Taki mam sposób na życie. Ale z drugiej strony normalni ludzie chodzą codziennie do pracy, wychodzą rano, wracają wieczorem, widzą się z bliskimi tylko przy śniadaniu i wieczorem kiedy oglądają telewizor albo jedzą razem kolację. To też jest w sumie takie bycie razem, ale też nie bycie do końca.Ja przynajmniej jak wracam z trasy to siedzę w domu i jestem przez na przykład 2 tygodnie przez cały czas. Siedzę wtedy z dzieciakiem 24 godziny na dobę.

Mój styl życia jest jednak zmienny w stosunku do kogoś, kto chodzi do pracy od poniedziałku do piątku, ale dla mnie to jest fajniejszy sposób na życie. Lubię się przemieszczać, jeździć, lubię jak mi się zmienia krajobraz przed oczami i nie mogę długo usiedzieć na tyłku bo czuję, że zaczynam się… starzeć (śmiech). I dla nas to jest codzienność, albo jestem z rodziną cały czas albo mnie nie ma w ogóle. Ostatnio jedynie było gorzej, bo właściwie przez 3 miesiące mnie nie było w domu z powodu płyty, a wcześniej poświęciliśmy rok na robienie kawałków. Także ten rok był dla nas wielkim wysiłkiem, ale płyta już jest gotowa, trafiła do wytwórni i możemy sobie teraz wyluzować. Gramy sobie próby, jeździmy na festiwale, wszystko się zaczyna przejaśniać… i ciśniemy do przodu z tym materiałem… żeby zmiażdżyć!

(śmiech) Wszyscy czekamy!

Zajebiście!

A w tych wszystkich rozjazdach i zmianach krajobrazu masz czas na słuchanie muzyki? Co tam ostatnio jest na Twoich playlistach?

Cały czas słuchamy muzyki, ale już czasem nie możemy… Wiesz, grasz próby, grasz koncerty, jesteś w studiu i czasami masz tak, że już nie jesteś w stanie niczego słuchać. Puszczasz jakiś album i myślisz sobie: „O, posłuchamy sobie fajnej płyty”, a po 2. utworach mówisz: „Weź to kurwa wyłącz, ja już nie mogę, wyłącz ten werbel”. Masz chorobę zawodową, nie słyszysz muzyki tylko słyszysz brzmienia. Ciągle jakieś próby werbla i próby dźwięku, wbija Ci się to w mózg i zaczyna Cię to strasznie drażnić, jak najgorsze tortury. Także w tej robocie czasami trzeba odpocząć. A ostatnio słuchamy ostatniej płyty Frontside (śmiech). Wszyscy w busie znają na pamięć teksty i jest ubaw.

Z rzeczy aktualnych, dzisiejszych, już na zakończenie rozmowy – oglądasz mundial?

Nooo… jak mam czas to od razu oglądam!

Podpytam Cię więc o to komu kibicujesz. Lubisz Sepulturę i Rammsteina, czy Twój wybór pada na przykład na Brazylię i Niemcy?

Nie no, tak to nie ma. Nie mam jakiegoś faworyta na tych mistrzostwach. Fajnie by było jakby wygrała jakaś drużyna spoza Europy. Zawsze jest to Francja albo Niemcy czy Hiszpania, Anglia. A ucieszyłbym się jakby dostali prztyczka w nos i wiesz, Niemczury pojechały do domu. Fajnie by było, jakby wygrał Meksyk, dobrze sobie radzą. Ktoś mógłby w końcu pokazać Europie środkowy palec i odesłać ją do domu.

A chciałbyś coś na koniec przekazać naszym czytelnikom?

Hmm… well… Pozdrowienia od Decapów dla każdego, kto czyta ten wywiad, wszystkiego dobrego i dużo fajnych koncertów. Mam nadzieję, że się spotkamy na trasie w listopadzie, zapraszam wszystkich. Na pewno damy niezły cios, będzie wszystko fajnie i zajebiście brzmiało, będą nowe utwory, które są według mnie naszym najlepszym materiałem do tej pory no i cóż… do zobaczenia!

Dzięki i wszystkiego dobrego!

Również, trzymaj się!

Rozmawiał: Bartosz Pietrzak


Gojira: Fanowskie nagranie ,Art Of Dying’ i ,Oroborus’ z Holandii [03.07.2013] Phil Anselmo & The Illegals: zobacz występ na Roskilde Festival
Gojira: Fanowskie nagranie ,Art Of Dying’ i ,Oroborus’ z Holandii [03.07.2013]
Phil Anselmo & The Illegals: zobacz występ na Roskilde Festival






HEAVYROCK | Wszelkie prawa zastrzeżone.
©2013
Google